Przejdź do głównej zawartości

Tej wolności piękna utopia, tej wolności świat wiekuisty

Za sobą pozostawiam swe truchło, na żer ptakom, które gdy poniosą ku słońcu kęsy mej skóry i mych mięśni, znikną bezszelestnie i bezpowrotnie w jego żarze. Spójrz w moją twarz, Stwórco wszystkiego co żyje, i wszystkiego co żyje, lecz jest martwe! Dlaczego miliony dziegci spalają się w ogniu wolności, na cześć jakiego okrutnika ta milcząca ofiara? Nasza utopia, na której niebie pędzą niczym myśliwce zakodowane, komputerowe informacje, na której powierzchni pędzą niczym pocisk wystrzelony z armaty auta, na uświęconych autostradach między punktami czołowymi, ona nie potrzebuje smaków naszych dzieł, wśród chłamu na skrajach miast zlewają się z ziemią i powietrzem nasze uczucia bez uczuć, nasza śmierć już nas ewangelizuje. Nasza utopia swoje zwycięstwo ogłosiła, nasza utopia na piedestały złote wyniosła logikę i rozum, nasz świat wolności nie potrzebuje naszych dzieł, nasz świat wolności bezmiar wolności otoczył troskliwie jak boskimi ramionami naszą nową utopię, jej zapach czuć, gdy budzą się nasze oczy w ciszy poranka, jej zapach czuć, gdy gasną bezwładnie nasze powieki wśród ciemności, zawzięcie milczącej. Mgła bogów śmierci co raz bliżej mego ciała, czuję jej wilgotną osnowę, która zabiera moją jaźń, która pocieszająco zniewala. I zabierzcie, bo tak kocham ten wolności świat zawzięcie, aż do granic bólu, bo kocha mnie ten wolności świat zażarcie, aż do granic wytrzymałości...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Schizofreniczny włóczykij

 Dawno mnie tu nie było. Cóż działo się z potokami mojej schizofrenii? Czy były i są rwące, swym nurtem w górach samotności biegnące? Czy jednak płyną cicho i powoli na równinach pogodnych, pod błękitnym niebem buddyjskiego spokoju? Nie w tych dwóch odmiennych krainach kształtujących kolory schizofrenii moje zapisane istnienie. Jestem jakby na płaskowyżu myśli, co ciągnie się w mych oczach hamletowych przez cały Górny Śląsk, dzisiaj na wzgórzach radości, jutro z przestrachem w rzekach mrozu schizofrenicznego lęku, a wtedy z przytłaczającej szarości nieba na mą bladą twarz spadają śniegowe płatki diabelskich głosów. Lecz śniegi topnieją jak w marcu, a rzeki mrozu tworzą pod wpływem słonecznego światła ukojenia w ciepłe jak ocean nad Seszelami rozlewisko szczęścia, które ma doraźną nadzieję, że uciekło od nieszczęśliwych przywar codzienności. I ma rację do czasu, gdy wyrocznia na dzień dzisiejszy zapisze jak w biblijnych księgach prorockich stan chorobowy. I zmęczenie jak maskaradnik...

Nieskończone podróżowanie, które spokój ostracyzmowi poddaje

  To, co wyrasta w mojej duszy, ten korzeń jak rak toczący się, odbiera soki temu drzewu życia, które ma mnie uspokoić, zaprosić do pałacu mojego umysłu świetliste istoty, które krwawą bitwę obróci w pokojowe przymierze. Gdy czas goni nas, słyszymy na naszym spoconym karku jego ciężki i nierównomierny oddech. Ten neurotyzm ze schizofrenią zmieszany – jak te dwie skonfliktowane strony zaprosić do rokowań, pokazać im te mityczne centrum, w którym bojaźń nie wznieci płomieni urojeń, nie skuje lodem strachu przed odjeżdżającym autobusem czy pociągiem? W tych korzeniach krzyczy milczenie, które nie chce się bać świata, spełnić jego podstawowe oczekiwania, lecz perfekcjonizm drwi ze mnie, może powinienem medytować nad rzeką wrzeszczących lęków, i magiczną sztuczką obrócić tą rzekę w taflę jeziora, które zakryje głębiny mętne od schizofrenicznych orgii, a na jego powierzchni tylko spokój, spokój, który dla mnie może być pozbawiony wszelkich odcieni radości, lecz ten spokój chce na tron my...

Wola schizofrenii

 Dzień gasnący, który przegania wieczór. I znów nastał ten wieczór, przed którym me myśli uciekają. Schizofrenia znów bitwę wygrała, muszę jej pozwolić zademonstrować siłę, muszę jej pozwolić ograbić mnie z głosów i halucynacji. Jak rozcapierzone palce wbijają się we mnie drogi, każda z nich się wydłuża i z ograniczonego czasu wieczność się kreuje, tak potwornie kreuje, że muszę uciekać, lecz dokąd? Do pól malowanych złotem pszenicy? Toż to pustynne pustkowie! Lęk we mnie pulsuje, uderzenia pasożytniczego lęku jak dające życie uderzenia serca. Jak rozcapierzone palce wbijają się we mnie drogi, przerażenie ukonstytuowane, narkotyczne piekło - oto, z czego fizyczność nie może się uwolnić. Chcę jechać dalej jak w mickewiczowskich " Sonetach krymskich ", chcę iść dalej, jak nowotestamentalny dobry żołnierz Jezusa Chrystusa. Jednak tworzy się mgła, która miesza szlaki. Gdzież uciekać przed niszczycielskim imperializmem głosów, gdzież uciekać przed szalejącymi lękami? Wieczorze, pr...