Jak pędzące strzały sunęły koło Wawelu, jak odyseja schizofreniczna opętywała mnie na dworcu kolejowym, cóż to za świat, gdy przyciemniona szyba autobusu pokazuje preludium burzy, a na zewnątrz panuje pseudodespotycznie błękitne niebo z śródziemnomorskim królem słońcem. Gdy ciało spragnione wody w czarną otchłań mych wrogów gnało moje ja, moje zakamarki duszy opanowywały piekielne demony z imperatorem Szatanem na czele, a ciało było jedynie spragnione duszy, i wariowało, bo ciało deptało umysł, a umysł chciał uciec na drugi koniec Wszechświata. Wodo, wodo, nawiedź moje ciało, ulżyj spragnionym myślom, ulżyj suchemu piaskowi ciała! Matka zaniepokojona, w jej oczach zalążek strachu kroczący, lecz usta nieprzeniknione, a ja tylko do jednego słowa dodawałem drugie, bez zdań, sentencji i fraz. Wodo, wodo, obmyj mnie! I mnie obmyłaś, stęsknionej gardlanej drodze przyniosłaś pocieszenie, i gdzież teraz ma odyseja schizofreniczna, i gdzież teraz preludium burzy?
Dawno mnie tu nie było. Cóż działo się z potokami mojej schizofrenii? Czy były i są rwące, swym nurtem w górach samotności biegnące? Czy jednak płyną cicho i powoli na równinach pogodnych, pod błękitnym niebem buddyjskiego spokoju? Nie w tych dwóch odmiennych krainach kształtujących kolory schizofrenii moje zapisane istnienie. Jestem jakby na płaskowyżu myśli, co ciągnie się w mych oczach hamletowych przez cały Górny Śląsk, dzisiaj na wzgórzach radości, jutro z przestrachem w rzekach mrozu schizofrenicznego lęku, a wtedy z przytłaczającej szarości nieba na mą bladą twarz spadają śniegowe płatki diabelskich głosów. Lecz śniegi topnieją jak w marcu, a rzeki mrozu tworzą pod wpływem słonecznego światła ukojenia w ciepłe jak ocean nad Seszelami rozlewisko szczęścia, które ma doraźną nadzieję, że uciekło od nieszczęśliwych przywar codzienności. I ma rację do czasu, gdy wyrocznia na dzień dzisiejszy zapisze jak w biblijnych księgach prorockich stan chorobowy. I zmęczenie jak maskaradnik...
Komentarze
Prześlij komentarz